
13 sierpnia 2010, 11:39
Jako, że swoje lata mam, powoli odsuwam od siebie komplet neurotycznych kredeczek do podkoloryzowania historii ludzkich, tworzenia nieprawdziwych prawie filmowych słownych wizji na potrzeby publiki, by także samego siebie przekonać, że w rzeczywistości sytuacja wygląda tak samo cudownie jak na papierze, że naprawdę leją się łzy, kamera podąża za Tobą w deszczu, obserwując melodramatycznie rozlewający się tusz i rejestrujący smutną miłosną muzykę w tle. To zabawne, że za pomocą słów można nawet najbardziej przykre obrazy uczynić na swój sposób pięknymi, tak, że ktoś powie nawet: chciałbym tak właśnie cierpieć. Ale właściwie - po co?
Czynię więc ze swojego kolejnego miłosnego zwypadkowania stan zewnętrznie nieadekwatny do porażki, standardowo przed tłumem prezentując się jako wiecznie uśmiechnięty towarzyski optymista - tak, by absolutnie nikt nie zorientował się, że w tym samym czasie, gdy opowiadam dowcip i zaśmiewam się do rozpuku, myślę ze wstydem nad brakiem logiki w swoich zabiegach i próbach walki o swoje, notabene mistrzowsko partolonych. Fala uspokojenia , połączona z zanikiem zainteresowania kolejnym z mężczyzn, który okazał się być jedynie chwilowym zauroczeniem przypomina mi wybudzenie się z hipnozy, odzyskanie pamięci, skutkujące obiektywnym spojrzeniem na ogół czasu minionego ze sceptyczną decyzją, że nigdy więcej. (Do czasu.) vox populi (5)
|